Wystawa stanowi prezentacje prac Beaty Ewy Białeckiej, absolwentki krakowskiej Akademii Stuk Pięknych. Malarstwo Beaty Ewy Białeckiej to stylizowane na twórczość dawnych mistrzów portrety kobiet, których wizerunki znamy z ikonografii chrześcijańskiej, mitologii, czy popkultury. Dzięki monochromatycznej palecie barwnej, syntetycznym, hieratycznym ujęciom, którym towarzyszą hasła z współczesnych reklam artystka zdaje się przekraczać wymiar zwykłego portretu,przez co poszczególne wizerunki stają się rejestracją obserwacji człowieka rozumianego uniwersalnie. Artystka nie maluje kobiecego piękna, które mogłoby stać się przedmiotem przyjemności estetycznej oglądającego, ale stara się ukazując co brzydkie i przeciętne, pokazać kobiecość jako swoistą trudność. Malarstwo Białeckiej to traktat o kobiecości, o sile (czy tytułowej niemocy) kobiety współczesnej, która dziś odgrywa często również role męskie. Macierzyństwo, ciąża, dojrzewanie, a jednocześnie współczesny konsumpcjonizm, czy feminizacja społeczeństwa to tematy prac, które oglądać możemy w październiku w galerii Arttrakt.

 

Nieidentyfikowalny cytat, czyli (auto)przepisywanie jako sposób widzenia człowieka.

 O malarstwie Beaty Ewy Białeckiej

 

            „Człowiek to nie jest piękne zwierzę”

Barbara Skarga

           

            Zdecydujmy się na mały eksperyment. Gdyby zwielokrotnić w jednym miejscu wszystkie prace Beaty Ewy Białeckiej, na przykład poprzez powieszenie ich razem na jakiejś wielkiej ścianie, to temu, który będzie je oglądał, ukaże się wielki obraz, na którym zaprezentowany człowiek okaże się istotą słabą, ale nie budzącą współczucia, a w dodatku opartą o nicość. Następnie, ogląd takiej instalacji sprawiłby w widzu nieodparte wrażenie, że te wszystkie obrazy, a także każdy z osobna, gdzieś już widział, że ma do czynienia z kopią jakiegoś innego dzieła. No właśnie, ale jakiego?

            Ten wirtualny obraz, pomimo tego, że nie potrafiłby on wzbudzić w oglądającym odczucia piękna, byłby czymś pozostawiającym w widzu uczucie niezapominalności, czyli takiego stanu, że już nigdy żaden z obrazów Białeckiej, ze względu na ich niepowtarzalności i charakterystyczność, nie zostanie uznany za dzieło innego artysty. Pomimo tego, że z czymś nam się już kojarzy.

            Na tych dwóch powyższych założeniach, czyli fascynującej ludzkiej marności oraz oryginalności wynikającej z pozornej powtarzalności, zasadza się cała twórczość Beaty Ewy Białeckiej. Odkryjmy jednak poszczególne elementy, które składają się na te dwa wspomniane założenia.

               Niemalże na wszystkich obrazach Beaty Ewy Białeckiej widzimy postać ludzką. Można powiedzieć, że są to portrety. Jednak jest to tylko pozór, gdyż dosyć szybko zwrócimy uwagę, że twarze modeli są na poszczególnych płótnach łudząco do siebie podobne. Stąd też nie są to portrety, co raczej prezentacje postaci, nie tyle anonimowych, co całkowicie pozbawionych swoich cech charakterystycznych, a nawet na swój sposób brzydkich. Zawsze są to postaci kobiece lub dziecięce. To dodatkowo potęguje efekt brzydoty, gdyż stereotypowo jesteśmy przyzwyczajeni do postrzegania młodych kobiet jako pięknych, a więc odpowiednich, tematów dla sztuki. Podobnie jest z tematem dziecka – kojarzy on nam się jako słodki, przyjemny, a nawet rozczulający. Tymczasem na płótnach Białeckiej widzimy te postaci przedstawione jako przyciężkie, hieratyczne, o nieszlachetnych rysach twarzy, o tępym spojrzeniu. Pomimo tego, że występują w grupach (np. trójkami) czy nawet w układach z założenia sugerujących bliskość (matka z dzieckiem czy rodzeństwo) to nie możemy między nimi dostrzec czułości czy choćby przyjaznych relacji. Te osamotnione postaci, choć czasami znajdują się w grupie, są w swej zwyczajności przerażające. 

            Dla większości układów tych postaci jesteśmy w stanie znaleźć pierwowzory zaczerpnięte ze sztuki dawnej. Jak się zdaje, nie ma w tym miejscu sensu ich rozpoznanie. Wynika to z faktu, że Beata Ewa Białecka w swoim malarstwie jest bardziej skoncentrowana na przeżywaniu sztuki poprzednich epok, zwłaszcza widzenia w niej człowieka, a następnie prezentowaniu tych spostrzeżeń na swoich płótnach, niż grze z widzem w zgadywanie skąd wzięła poszczególną postać na każdym z obrazów. Jest to bardzo ważna wskazówka dla widza – nie należy tworzyć intertekstualnych korowodów postaci wychodzących z płócien dawnych mistrzów i zmierzających do obrazów Białeckiej, ale spróbować wyruszyć na poszukiwania estetycznych powodów, dla których artystka umieściła akurat tę, a nie inną postać. Jak można przypuszczać, taki sposób postrzegania przez artystkę dawnej sztuki ma swoje odbicie w tytułach obrazów. Możemy zauważyć, że korespondują one układami postaci (np. samotrzeć, pieta etc.) i są użyte w celu określenia związków, jakie powinny występować pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Jednakże te, zapowiadane przez tytuł, relacje nie występują. Pomimo tego, że artystka grupuje postaci oraz sugeruje ich istnienie w określonym, z reguły narzucającym bliskość relacji międzyludzkich, kontekście kulturowo-obrazowym, to – jak się okazuje –  każdy z jej bohaterów jest sam. Co więcej, jest to alienacja spotęgowana. W dodatku, z powodu odpychającej przeciętności oraz pomimo pozornego osadzenia w kontekście sztuki dawnej, czyli pięknej, bo skoncentrowanej na przeżyciu estetycznym, bohaterowie płócien Białeckiej nie budzą w widzu zachwytu, ani nawet litości, a jedynie zadumę nad ich marnością. Powoduje to, że są skazani na istnienie gdzieś w zwyczajności, która przepoczwarza się w nicość.  

            Powyższy efekt jest zwielokrotniany przez niemalże jednolite tła obrazów Beaty Ewy Białeckiej. Są one dopełnieniem pustki, jaką prezentują, czy nawet którą są, poszczególne postaci. Jednolitość kolejnych planów płócien artystki dopowiada jedynie smutny los, czy raczej ponurą egzystencję, bohaterów prac Białeckiej, gdyż sugerują nam, że postaci nie są w stanie nawet uciec od własnego otoczenia, nie mówiąc już o własnym przeznaczeniu.

            Na sam koniec tych rozważań wróćmy raz jeszcze do naszego eksperymentu, czyli do   wyobrażonej przez nas ścianie, na której dokonaliśmy multiplikacji dzieł Beaty Ewy Białeckiej. Imaginacja ta wyjaśnia to, co jest najważniejsze w malarstwie artystki. Zwielokrotnieniem, którym my posłużyliśmy w naszej próbie zrozumienia prac artystki, posługuje się również i ona w procesie ich tworzenia. Mnożenie na wielu płótnach jednej brzydkiej postaci, różnych motywów czy tytułów, układów kompozycyjnych, a wreszcie samej postaci kobiecej, co pozornie wyglądają na cytowanie czegoś innego, jest tak naprawdę cytatem z samej siebie. Owe przytaczanie własnych wypowiedzi malarskich to nic innego jak nieustanna praca Beaty Ewy Białeckiej nad tym, żeby własną wizję sztuki, a dokładniej: własnego sposobu rozumienia i przedstawiania osoby ludzkiej, przekazywać coraz bardziej precyzyjnie, a więc syntetycznie, zatem – uniwersalnie. Choć niekoniecznie pięknie, czyli tak, jak byłoby dla przyjemne.  

Galeria ARTTRAKT

mieści się przy skrzyżowaniu ulicy Ofiar Oświęcimskich i Placu Solnego we Wrocławiu, w odbudowanej po wojnie części renesansowej kamienicy, należącej niegdyś do wrocławskiego patrycjusza Heinricha von Rybisha, notabene kolekcjonera dzieł sztuki.

Po wojnie, w mieszkaniu na pierwszym piętrze kamienicy mieszkał i pracował Eugeniusz Geppert- artysta malarz, założyciel i pierwszy rektor wrocławskiej PWSSP wraz z żoną Hanną Krzetucką- malarką, inicjatorką ogólnopolskiego Konkursu im. Eugeniusza Gepperta.

Adres:
ul. Ofiar Oświęcimskich 1/1
50-069 Wrocław
kom. 502581905
galeria@arttrakt.pl
Godziny otwarcia:
wtorek-piątek 14:00 - 18:00
sobota-11:00-15:00